Po długiej przerwie, zacznę od procesu wracania do domu.

Tego prawdziwego, który zawsze jest tam, gdzie TY.

To nie jest proces prosty, jest zagmatwany!

Nie ma do niego instrukcji. Trzeba się gubić, potykać i na czuja otwierać tysiące różnych drzwi.

Nigdy nie wiadomo, co za nimi będzie.

Czasami te piękne rzeźbione z zadbanym obejściem po naciśnięciu klamki witają chłodem. Nikogo w nich nie ma… a człowieka przechodzą dreszcze.

Jest i na odwrót.

Domki zaniedbane z zewnątrz, z klamką, która ledwo trzyma się na zawiasach — witają ciepłem, gwarem i Miłością

Nie ma reguły.

Jest natomiast jedna istotna sprawa, o której warto wiedzieć. Zarówno te piękne, jak i brzydkie — nie są nasze!

To cudze domki… możemy się w nich na chwilę zatrzymać, ale nie możemy w nich zostać. 

Musimy trafić do swojego. Czasami nawet zbudować go od nowa.

wracanie do domu

Siedzę sobie właśnie na mięciutkiej kanapie, w tle unosi się zapach czekoladowego ciasta, na parapecie palą się świeczki, w tle wybrzmiewa kojąca muzyka. Dobrze mi. Pierwszy raz od dawna jest mi po prostu dobrze.
Od dawna mam ochotę dokonać tu wpisu, ale coś mnie w środku blokuje i tego nie robię. Nie tylko przed pisaniem. Taki auto sabotaż. Bylem tylko czegoś nie zmieniła i nie poczuła się fajnie. Bo lepiej tkwić w tym, co znane, niż zmienić na piękne, nowe, transformujące.
Więc skoro wyjątkowo czuję się „dobrze”, podejmuję próbę i wskakuję na falę.
Falę, z której spadłam, a nazywa się #dbamosiebie. Więc robię sobie „dobrze”  i zamiast odkładać, biorę się za pisania — za Siebie.
To jest niesamowite, jak jesienna aura i siedzenie na kanapie wpływa na nastrój i inwencję twórczą. Coś w tym jest, że jesień przynosi wyciszenie. Sięgam po farby, kredki, maszynę do szycia.
Kreacja rodzi się na nowo, po intensywnym okresie letnim, przebywania poza domem. Jestem prawie gotowa na tkliwy powrót córki marnotrawnej…

Tak! Unikałam domu, unikałam  siebie.

Żyłam z dnia na dzień. W ciągłym biegu, w ciągłym ruchu.

Od imprezy do imprezy. Od rana do rana. Nie pozwalałam sobie na reset, na wdech, wydech i refleksję. Na zastanowienie się co jest dla mnie dobre. Czego potrzebuję? Czy to, co się dzieje, mi odpowiada? Przestałam medytować, spacerować po parku, dawać sobie wyciszającą jogę, czy nowo poznane Calligraphy. 

Normalnie po całości pojechałam z tym zaniedbaniem i nie potrafiłam się uporać ze złością na siebie… na to, że nie umiem przestać się złościć! I zamiast o siebie dbać – bulgoczę jak wulkan!

Bo refleksja jest niewygodna i ciężka i drapie… a przecież jest lato! Więc ubieram się tylko w to, co miłe, przyjemne, lekkie i wygodne.

Niestety. Natura jest bezlitosna. Po nocy przychodzi dzień, po burzy słońce i ta chwila, gdy lato się kończy, zaczyna padać deszcz i człowiek wręcz musi usiąść na tej kanapie i zmierzyć się z małymi potworkami, które w sobie wyhodował przez ostatnie 9 miesięcy jak niemowlę w brzuchu.

Tak to jest! Chwila nieuwagi, zapomnienia i odkładanie siebie na bok i trzeba potaplać się w kupie, więc metafora niemowlęcia (stwierdzę nieskromnie) jest bardzo trafna.

Więc paplam się w tych swoich wszystkich ciemnych rzeczach. I wiedzcie, że to wcale nie jest proces łatwy. Zarówno w wypadku małego, jak i wielkiego stwora, trochę się trzeba nagimnastykować.

Bo to wredne coś siedzi na dnie brzucha, wysysa energię, blokując drogę do siebie… do domu.

Nikt w szkole nie uczył, jak się z takim dziadem rozprawić. Co nawet się nie wie, jak ma na imie i skąd pochodzi. 

Więc muszę się do niego dokopać. Namierzyć. Przeskanować swoje ciało i umysł, by złapać ten moment, w którym zaczął żyć własnym życiem i z przyjemnego miękkiego stworka, ewoluował w potworka.
Wracają wspomnienia z minionego roku. Wraca refleksja, chęć do walki, ale czy jest o co walczyć? Wracam ja. Ta stara i ta nowa. Ta dzisiejsza i wczorajsza. Odzywa się ego.
Mała dziewczynka i dorosła kobieta.
Ta delikatna i ta silna. Ta czuła, ciepła, trudna i sukowata.
Wszystko się miesza. Nie chcę już na to patrzeć, chcę wrócić do siebie! Do domu! Tak za nim tęsknię!
Znalazłam!
Ale teraz kolejne kłody! Nie da się do niego wejść!
Najpierw muszę posprzątać!
Uporządkować szuflady, trochę poodkurzać, bo w domu nie jest, jak w domu. Zostawiłam go na zbyt długo. Obrósł kurzem. Pajęczynami, ciemnością.
Czuję w nim zaduch.
Istny chaos i sajgon, nic nie mogę znaleźć. 

To wszystko jest bardzo trudne. Niby ładne z zewnątrz a w środku…takie skomplikowane!

Chciałabym przestać walczyć. Chciałabym przestać się siłować. Chciałabym się nie martwić, nie smucić, nie złościć.
Mieć w sobie ZAWSZE miłość, wyrozumiałość i akceptację.
Są takie dni, w które najciężej jest siebie kochać i auto sabotaż przychodzi łatwiej niż wyrozumiałość i pełen miłości uścisk. Gdy tych dni jest za dużo i złość zjada miłość, w naszym wewnętrznym domu powoli zaczyna zapadać mrok.
To nie dzieje się od razu.
O nie! To miesiące zaniedbań i odkładanie siebie i swoich potrzeb na drugi plan. Najpierw pojawia się mrok, później kurz, na koniec zaczynamy się o wszystko potykać.

Chciałabym mieć wystarczająco DUŻO siły, by w domu znowu było jak domu! 

Ciepło, miło i przytulnie!

 

I będzie!

Bo moje JA wychodzi na wierzch!

Miłość wraca do łask!

Złość zostanie ukochana. Niesmak wymyję mięciutką gąbką. Smutkowi ukroję kawałek ciasta i z uwagą wysłucham. Gorycz i żal uspokoję ciepłą korzenną herbatą. Akceptacja, zajmie się wszystkimi po równo!

Umyję okna i podłogi i do środka zawita słońce.

A ja będę się cieszyć jego ciepłem, z radością i czułością celebrując każdy zakamarek mojego pięknego WNĘTRZA!

 

Z miłością

Karolina

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *