Ostatni weekend przyniosły mi nową bardzo ważną znajomość!

Znajomość magiczną, mistyczną!

Taką, na którą czeka się całe życie!

Która przypomniała mi, czas bycia małą dziewczynką i przygarniania za domem wszelkich smutnych i bezdomnych istot. Która otworzyła moje serce i pozwoliła ponownie zanurzyć się w beztroskiej idyllicznej dziecięcej krainie. Bez ocen, masek i całej tej komercyjnej sztuczności. Bez udawania.

Obok niego pozwoliłam sobie być znowu szczerą, wrażliwą i trochę naiwną sobą!

 

(kto widział moje insta story sprzed kilku dni, chyba wie, o co chodzi).

.

.

,

Poznałam Pana Kota!
PAN kot

Pan Kot przyszedł do mnie w niedzielę i potraktował jak starą niewidzianą od lat znajomą.Ujął swoją bezpośredniością, otwartością  i w mig owinął mnie sobie wokół łapek…

Ani się obejrzałam, a z pomocą taty wyjmowałam mu kleszcze, karmiłam, śpiewałam piosenki, robiłam domek z kartonu.
Opowiadałam historie o dalekich krainach, kiziałam za uszkiem i pod bródką i znowu za uszkiem.
Karmiłam winogronami, grałam na harfie, a on w zamian pozwolił mi przebywać w swojej majestatycznej aurze.
Jak widzisz, wpadłam jak śliwka w kompot!
Jedno „mruu” i słodkie „miał” a ja już zastanawiałam się, czy oby na pewno najadł się do syta, czy oby na pewno w kartonie nie będzie mu zimno,  smutno, nudno…
Spontaniczne ugniatania łapkami, a ja z planety ziemia za pstryknięciem palca znalazłam się na mięciutkiej, pełnej mleka i miodu kociej planecie.
Pan Kot, jak Mały Książę przybył na ziemię, by mnie oswoić.
A ja z miłością i radością, robiłam wszystko, co w mojej mocy, by był u mego boku bezpieczny i szczęśliwy.
Obłożyłam jego domowy karton styropianem, wyłożyłam kocykami, powiesiłam na ścianach obrazki, zainstalowałam przycisk, by za jednym skinieniem pazura, mógł mnie przywołać.
No naskakałam się i napracowałam.
Uśmiechając od ucha do ucha.
Zwariowałam dla Pana Kota!!!!
Który umiejętnie ten stan euforii i rozkoszy potęgował.
Gdy tylko czuł, że coś ze mną nie tak, że jestem smutna i jakaś zamyślona, obracał się z boczku na bok, pomrukiwał, ocierał, wyciągał i rozkosznie przymilał, roztapiając moje serce.
Pan Kot w kilka chwil owinął mnie sobie wkoło wąsów.
Szybko i umiejętnie skradł moje serce, nie dając czasu, na jakiekolwiek wątpliwości.
A ja w tej euforii, zapomniałam o rozsądku i rozważnym lokowaniu uczuć.
Czułam się zaszczycona i wyjątkowa!
Pan Kot wybrał właśnie mnie na swojego człowieka.
Byłam tą całą romantyczną sytuacją wzruszona.
Chciałam stanąć na wysokości zadania.
Sprawdzić się w tej ważnej roli.
Móc być u jego boku, przez długie i szczęśliwe lata i kilka kocich żyć.
Razem się zestarzeć.
Polować.
Eksplorować.
Bawić się kłębkiem wełny.
Mruczeć, kiziać i być drapaną 🙂

.

.
Nadeszła noc.
Długa i bezsenna noc.
Jak tylko nastał ranek, ubrałam się, spiesząc zanieść Panu Kotu śniadanie.
Wykwintne śniadanie.
Pana Kota, nie było.
No cóż, nie musimy przecież budzić się o tej samej porze.
Przecież nie mamy do siebie numerów telefonów, nie czytamy w myślach.
Siadłam na ganku i czekałam.
Godzinę
później drugą.
Obeszłam dom.
Posprawdzałam wszystkie domowe zakamarki.
Cały czas nawołując Pana Kota
W porze obiadu stwierdziłam, że jest nowy w okolicy i prawdopodobnie wybrał się na długi spacer.
Zostawiłam pełną miskę w pobliżu jego kartonu.
Gdy zaczęło się ściemniać, a miska w dalszym ciągu była pełna, zaczął mnie ogarniać smutek.
Smutek i lęk
Bo może Panu Kotu coś się stało?
Może potrzebuje pomocy?
Może nie ma jak się ze mną zobaczyć i teraz cierpi katusze, wie, że ja czekam na niego pogrążona w smutku i rozpaczy.
Tysiące wizji zaczęło kwitnąć w mojej głowie.
A może ma innego człowieka?
A może karton i miniony dzień, były tylko pit stopem, w jego kociej podróży?
Dni mijają.
Wieczory, poranki, noce.
Zostawiona dla Pana Kota strawa, jest cały czas nietknięta.
Pana Kota nie ma.
Zniknął.
Jest wolny.
Jego cygańskie kocie serce, każe mu iść przed siebie i nie oglądać się za siebie.
Własne ścieżki i niezależność, to coś, co cenni ponad ciepły karton, pożywny posiłek i na chwilę oswojonego człowieka.
A ja choćbym nie wiem, jak kochała, nie zatrzymam go przy swoim boku.
Zamiast rozmyślać gdzie jest teraz, co robi… sama muszę gnać do przodu.
Biorąc z niego przykład pozwolić swojemu sercu na wolność i dzikość.
Mając nadzieję, że gdzieś na łące, czy w środku lasu, nasze ścieżki jeszcze się spotkają…
Dlaczego łatwiej jest zaakceptować naturę kota niż drugiego człowieka?

.

.

z miłością

Karola

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *